Święta Wielkanocne w przedwojennej Warszawie

0

Wielkanoc to święto Zmartwychwstania Pańskiego. Święto wiosny, budzącego się życia i odrodzenia. Święto nadziei. Wielkanoc, jaką zapamiętałem sprzed wojny, to zupełnie inne święta. Niepodobne do dzisiejszych. Przywiązywało się wtedy do nich większą wagę – wspomina Witold Sadowy.

Święta obchodzono uroczyście w gronie najbliższych. Poprzedzała je Palmowa Niedziela, a potem robienie porządków i przygotowanie świątecznych potraw, trwające cały tydzień. Dokładne sprzątanie pokoi, wietrzenie odzieży na balkonie, mycie okien, trzepanie dywanów na podwórku i pastowanie podłóg specjalną pastą z woskiem, a nie płynem nabłyszczającym, jak ma to miejsce dzisiaj. To był cały ceremoniał. Po wchłonięciu pasty, podłogi froterowano, aby się błyszczały. Ciasta, mięsa, szynki oraz bigos przyrządzało się w domu, a nie kupowało gotowe, jak dzisiaj w sklepie. Pamiętam, jak przed zbliżającymi się świętami chodziłem z rodzicami pod Żelazną Bramę (w pobliżu dzisiejszej Hali Mirowskiej) na zakupy.

Mama wybierała wtedy cztero lub pięciokilogramową wędzoną szynkę z kością, którą potem gotowała w ogromnym garnku na węglowej kuchni. Cóż to była za szynka, palce lizać!. Obowiązkowo z tłuszczem, bo wtedy była prawdziwa i miała smak, a nie plastikowa jak dzisiejsza. Nikt nie myślał o kaloriach i nie było tylu grubasów. Wszystko prawdziwe, bez konserwantów. Po ugotowaniu jej na wywarze, przyrządzało się przepyszny czerwony barszcz. Tarło się chrzan, który szczypał w oczy. Do bigosu dodawało się okrawki, kupowane w wędliniarniach i wlewało odpowiednią ilość czerwonego wina, dla smaku. Do makowców ucierało się mak w glinianej misce, specjalnym drewnianym przyrządem. Do babek dodawało się rodzynki, bakalie i skórkę pomarańczową, smażoną w cukrze. Najbardziej lubiłem migdałowe mazurki mamy, pieczone na kruchym cieście. Problemy były zawsze z ciastem. Zwłaszcza z makowcem. Martwiono się, by nie opadł, a babki nie miały zakalca.

Zapach kuchennych przysmaków, zmieszany z zapachem wypastowanych podłóg, czuć było w całym mieszkaniu. To były dopiero święta. W Palmową Niedzielę szliśmy obowiązkowo do kościoła na nabożeństwo. Palmy, wiosenne bazie oraz zielony barwinek do przystrojenia święconki kupowało się przed świątynią. W Wielki Piątek, po południu, cała Warszawa szła na groby. Na Krakowskim Przedmieściu było najwięcej kościołów i najwięcej ludzi, czekających cierpliwie w długich kolejkach do Grobu Pańskiego. Na Pradze najpiękniejszym kościołem był kościół św. Floriana. Po odwiedzeniu kilkunastu świątyń, zmęczeni, ale zadowoleni wracaliśmy do domu o zmroku. W Wielką Sobotę święciło się jajka, babki, kiełbasy oraz pieprz i sól. Przynosiło się także do domu wodę święconą w buteleczkach i miniaturową cierniową koronę Chrystusa. Nadal obowiązywał post. Dopiero w niedzielę koło południa zasiadaliśmy do wielkanocnego śniadania. Potem spacer po Nowym Świecie i po Łazienkach Królewskich. Wszyscy odświętnie ubrani, bez płaszczy, bo zazwyczaj święta wielkanocne, jakie zapamiętałem, były ciepłe i słoneczne. W drugi dzień świąt, czyli w „lany poniedziałek” najbardziej cieszyły się dzieci i młodzież. Oblewało się wszystkich, kogo się dało. Oczywiście nie kubłami jak to miało miejsce na wsi.

I choć tradycja świąt Wielkiej Nocy wraz z odwiedzaniem Grobu Chrystusa w poszczególnych kościołach pozostały, to wszystko nie ma już takiego uroku jak dawniej. Wszystkiego dobrego!

Witold Sadowy

Przekaż dalej

Dodaj komentarz

Strona wykorzystuje pliki cookie. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close