Janusz Pachnik. Potęga przyjaźni

0

Znali się od dawna. Chodzili do tej samej szkoły. Uczyli się w jednej klasie, ławka w ławkę w Gimnazjum im. Króla Władysława IV na warszawskiej Pradze.

Janusz Pachnik i Edward Tryjarski. Byli prawie rówieśnikami. Janusz, rocznik 1922, a Edward – 1924. Rodacy warszawscy. Mieli znakomitych nauczycieli-wychowawców. Janusz wykazywał się ponad przeciętnymi zdolnościami. Już na ławie szkolnej wiedział, kim zostanie w przyszłości. Chciał być dziennikarzem – publicystą. Z fantazją kreślił plany dalszego kształcenia się. Do wybuchu II wojny światowej, jeszcze nie maturzysta, Janusz Pachik opanował angielski na tyle, że pisał w tym języku listy z wakacji. Ten kilkunastoletni chłopak czytał w oryginale, dzieła G. K. Chestertona, między innymi Orthoddoxy, dzieło nieomal niepoddające się tłumaczeniu na polski, ze względu na skomplikowaną terminologię filozoficzną. Młodzieńcze marzenia przerywa wojna i okupacja niemiecka.

Maturę zdaje celująco na tajnych kompletach w Liceum im. Władysława IV, prywatnych mieszkaniach nauczycieli, salach przykościelnych i innych miejscach, które ówczesnym pedagogom wydawały się najbezpieczniejsze. Po uzyskaniu świadectwa dojrzałości zapisuje się na Wydział Prawa tajnego Uniwersytetu Warszawskiego i jednocześnie na Wydział Ekonomii i Socjologii Uniwersytetu Poznańskiego. Uczelnia ta działała, jako Uniwersytet Ziem Zachodnich. Wykłady odbywały się w mieszkaniach prywatnych, m.in. przy ulicach Żulińskiego, Niecałej i Spasowskiego, gdzie gościny udzielała rodzina Romana Waschko, znanego później muzykologa. Janusz stale rozwijał swój talent lingwistyczny. Oprócz angielskiego uczył się francuskiego i niemieckiego. Pogłębiał samodzielnie znajomość łaciny i greki. Korzystał z pomocy doskonałych korepetytorów, gdzie np. włoskiego uczyła go siostra zakonna, rodowita Włoszka, którą wojna zaskoczyła na terenie Polski.

Podczas okupacji pracował zarobkowo pomagając rodzinie. Był gońcem w firmie „Dobrolin”, rozwoził pastę do butów, sprzedawał mydła i perfumy w drogerii na Tamce, podobnie jak czyniło to wielu jego rówieśników w tych trudnych latach. Pierwszy dzień Powstania Warszawskiego, przeżył w domu przy ulicy Sosnowej. Pomagał gasić pożary, ratował rannych i przenosił zabitych. 4 sierpnia dom na Sosnowej został zbombardowany. Ci, którzy ocaleli, przenieśli się do piwnic i innych pomieszczeń. Janusz postanowił przedostać się na drugą stronę Alei Jerozolimskich, ale nie zdołał przekroczyć barykady, nie mając przepustki powstańczej. Zawrócił w stronę Złotej i tutaj został ugodzony niemieckim pociskiem w prawy bok. Przeniesiony do szpitala powstańczego w dawnym gmachu PKO, zmarł tego samego dnia. Pochowany został na warszawskiej ulicy, jak setki jemu podobnych. Dopiero w 1948 roku rodzinie Janusza udało się odnaleźć miejsce pochówku i przenieść ciało do zbiorowej mogiły na Cmentarzu Powązkowskim. Na tym można by zakończyć wspomnienie. Może trzeba dodać, że Pachnik dużo czasu poświęcał literaturze. Był działaczem młodzieży katolickiej, no i – pisał wiersze. Pozostało po nim sporo zapisanych kartek, jako dowód młodzieńczych, romantycznych uniesień. Trudno go nazwać poetą. Ot, były to słowa rzucone na papier. Można je nazwać dowolnie. Faktem niezaprzeczalnym jest, że pisane były z dużym zaangażowaniem.

Mijały lata. Nikt prawie nie pamiętał byłego ucznia praskiej uczelni, Janusza Pachnika. Nie zapomniał o nim tylko jego przyjaciel i szkolny kolega – Edward Tryjarski. On to na początku 2007 roku wydał zbiór wierszy Janusza poprzedzony wstępem informującym o działalności przyjaciela. Książka jest nieduża. Zawiera kilkanaście wierszy zgrupowanych w czterech rozdziałach. Oto ich tytuły: Smutek klęski, Stwórca i religia, Życie i świat oraz Pierwsze kochanie. Ze wzruszeniem czyta się wiersze Janusza. Jak ten, w którym zawarte są słowa o przyjacielu ze szkolnej ławy:

Tak, od algebry się zaczęło,
a chociaż „koniec wieńczy dzieło”
to jednak by nie tracić wątku
opowiem wszystko od początku
– pamiętasz Edziu ową chwilę,
gdy razem gwarzyliśmy mile
i wcale nam nie było nudnie
w owo niedzielne popołudnie.

Tę notatkę o książce zatytułowałem Potęga przyjaźni. Czy nie jest ona dowodem niezniszczalnej przyjaźni?. Upłynęło przecież ponad pół wieku – 63 lata, a pamięć o przyjacielu nie wygasła. Pan prof. dr hab. Edward Tryjarski, dodam – znakomity orientalista, rodak praski, dał piękny dowód takiej przyjaźni, wydając zbiór wierszy swojego kolegi, upamiętniając postać jednego z wielu wybitnych władysławiaków.

Paweł Elsztein

Przekaż dalej

Dodaj komentarz