Opowieść wigilijna o dawnej Pradze

0

Przyszła wnuczka. Chwali się nowiutką komórką. To jej wymarzony prezent na Gwiazdkę. Czy można sobie dziś wyobrazić dziewczynę bez komórki? Wnuczka jak zawsze marudzi. – Dziadku, a jakie ty prezenty dostawałeś, gdy byłeś dzieckiem? Jak za dawnych lat obchodzono Boże Narodzenie na warszawskiej Pradze? Przecież bez komórek, radia i telewizji, a o internecie nikt chyba nie słyszał… Rozpocząłem opowieść. Zawsze chętnie wraca się do Kraju Lat Dziecinnych – pisze na łamach Przeglądu Praskiego Paweł Elszetin.

Urodziłem się w cztery lata po odzyskaniu przez Polskę Niepodległości, a w dwa lata po najeździe bolszewickim. Spustoszony przez zaborców kraj powoli odzyskiwał siły. Wspominam o tym, abyś wiedziała, w jak trudnych latach przebiegało nie tylko moje dzieciństwo. Przecież w 1922 r. moja Mama, a twoja babcia, za bochenek chleba płaciła milion marek. Jeszcze złotówek nie było. Pamiętam, jak kilka lat później, gdy miałem cztery, może pięć lat, ulubionym miejscem zabaw z synem sąsiadów była zabawa w sklep z resztkami chyba miliardów marek pozostałych w wielkim wiklinowym koszu do bielizny. Mama wtedy mówiła, że zawartość kosza nie starczyłaby na kupno małej paczki zapałek.

Boże Narodzenie to oczywiście największa radość dla najmłodszych, a duży kłopot dla mamuś i babć. Bo to one już kilkanaście dni przed świętami sprzątały, czyściły, gromadziły żywność i denerwowały się, najczęściej niepotrzebnie, czy aby mają dobry przepis na ciasto, na piernik albo na nóżki wieprzowe w galarecie. Niektóre tajemnice dobrej kuchni przekazywały sobie życzliwe sąsiadki. Bo niegdyś nasza duża kamienica była nieomal miejscem jednej wielkiej rodziny. Jeśli sąsiadka z parteru robiła pierożki z serem, to wiadomo było, że poczęstuje tym smakołykiem dzieci sąsiadów nawet z czwartego piętra. A gdy ktoś poczuje zapach smażonych placków ziemniaczanych, to z góry było wiadomo, że pani z drugiego pietra, ta bezdzietna, zaprosi niemal pół domu najmłodszych lokatorów. Nerwowy, przedświąteczny nastrój gospodyń domowych udzielał się wszystkim. Pamiętam, jak dbano, aby zachować ciszę i nie hałasować, gdy wyrobione ciasto w miskach rośnie na drożdżach przed wstawieniem do pieca. Dodam – węglowego, na cztery fajerki z piekarnikiem. Gdyby ktoś stuknął nogą o podłogę, ciasto by opadło i do pieczenia się nie nadawało. Jednak zawsze wszystko się udawało.

Zapewne zapytasz, co tam jedliśmy ponad 80 lat temu. W Wigilię zawsze były zupa grzybowa albo barszcz czerwony, śledź, ryba gotowana i smażona oraz faszerowana zwana „po żydowsku”, wybór ciast znakomity. W dni świąteczne królowały mięsiwa i bigos, schab pieczony, indyk lub kurczak, a czasami zając. Z tym zającem to zawsze był kłopot. Mama nie bardzo umiała się z nim rozprawić. Tylko dzięki pomocy jednego z moich stryjków, zawodowego kuchmistrza, możliwe było przepisowe przygotowanie odartego ze skóry szaraka. Mięso jego było kruche i suche. Musiało być zatem naszpikowane paskami słoniny. Przeróżne przyprawy, w tym śmietana, a z jarzyn czerwone buraczki, tworzyły smakowitą kompozycję. Dodam tylko, że za tym przysmakiem dorosłych nigdy nie przepadałem. Wolałem ciasta, ciasteczka oraz znakomite galaretki owocowe i kremy.

Zawsze mieliśmy choinkę. Wysoką pod sam sufit. Obwieszaliśmy ją, razem z Mamą, własnej roboty kolorowymi łańcuchami. Mama potrafiła z arkusza bibułki wyczarować długi łańcuch zmarszczony w harmonijkę. Nie mieliśmy zbyt dużo tak później modnych bombek szklanych. Przeważały wydmuszki z jajek oklejane kolorowym papierem, cukierki specjalnie choinkowe. Długie o różnych smakach, czekoladowe figurki, no i koniecznie małe pięknie pachnące czerwone jabłuszka. Uzupełnieniem wystroju drzewka były oprawki dla świeczek. Parę lat później pojawiły się lampki elektryczne. Były tylko nieco mniejsze od żarówek oświetleniowych, ale w różnych kolorach. Pod choinką składano prezenty. Na dobrą sprawę dzień przed Wigilią był oczekiwaniem na wielką niewiadomą. Co też przyniesie ten Święty Mikołaj? Pierwsze prezenty, o ile dobrze pamiętam, to były zabawki. Na przykład husarz na koniku drewnianym, komplet żołnierzy ołowianych. Od stryjka dostałem dwururkę, strzelbę myśliwską na kapiszony. Ktoś podarował mi pistolet korkowiec. Zawsze chciałem mieć czapkę ułańską i szablę. Coś takiego również dostałem. Te militarne prezenty niewątpliwie związane były z minionymi latami wojen. A czasy Księstwa Warszawskiego były jakby wczoraj. Pod koniec lat 20. z reguły dostawałem od Ojca książki. Z wielkim wzruszeniem zawsze sięgam do przechowywanej od 1929 r. książki Władysława Umińskiego „Samolotem dookoła świata”. To dzięki niej nieomal całe życie poświęciłem lotnictwu.

Zanim pojawiły się słuchawkowe odbiorniki radiowe, w domu mieliśmy gramofon. Z doskonałym mechanizmem sprężynowym. Wyposażony był w dużą tubę metalową. Tata kupił go na Gwiazdkę. Lubił muzykę. Sam zresztą grał na gitarze.

W dni świąteczne odwiedzaliśmy tradycyjne szopki. Te u kapucynów przy Miodowej były najciekawsze, bo zmechanizowane. W naszej parafii u św. Floriana w Domu Parafialnym przy ul. Floriańskiej wyświetlano filmy religijne oraz wystawiano amatorskie jasełka. Kina praskie i teatrzyki prześcigały się w organizowaniu przedpołudniowych przedstawień i seansów dla dzieci oraz młodzieży. Kinoteatry praskie, a było ich sporo, zapraszały dorosłych na premiery filmów – jeszcze niemych – oraz na spotkania z popularnymi artystami rewiowymi.

Na wiele dni przed świętami sklepy, bazary praskie wypełnione były towarami po brzegi. Moja Mama twierdziła zawsze, że nie musi daleko chodzić po zakupy. – Czego nie dostanę na ul. Stalowej – mówiła – nie dostanę nawet na Marszałkowskiej. I miała rację. Na ul. Stalowej było wszystko. Wędliniarnie, rzeźnicy, cukiernicy, sklepy rybne, odzieżowe. Ruch tutaj był wielki. Wzmacniali go podwarszawscy gospodarze dowożący swoje produkty – masło, mięso, drób, warzywa i dziesiątki innych towarów.

Jeśli zima dopisała, to gdy tylko pojawiły się pierwsze mrozy, ruszały praskie ślizgawki. Ta największa w ogrodzie Raua przy ul. Floriańskiej, podwórzowe i placowe np. w miejscu, gdzie dziś stoi gmach Poczty Polskiej przy al. Solidarności (róg ul. Targowej). Dwie duże ślizgawki organizowano na dwóch jeziorach – Kamionkowskim i na jego odnodze bliżej nasypu kolejowego.

Zawsze okres świąteczny sprzyjał czynom charytatywnym. Parafie praskie organizowały posiłki, apelowały o wspomaganie biednych. A tych niestety nigdy nie brakowało. Widomym dowodem były kolejki kobiet i mężczyzn przed ośrodkami opiekuńczymi kościołami oraz domami zakonnymi.

Nie wiem, czy ta moja opowieść nie wyda się wnuczce bajką starego człowieka tęskniącego do beztroskich lat dziecięcych, których już nikt nie przywróci.

Paweł Elsztein

Przekaż dalej

Dodaj komentarz

Strona wykorzystuje pliki cookie. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close